Halloween w JCommercePoniżej prezentujemy opowiastki z Halloween w tle autorstwa Bartka z Javy. Nie ukrywam, że rozbawił nas do łez. Bartek, gratulacje i wielkie dzięki!

Nowa wizja firmy

Paulina przekrzywiła pytająco głowę. Halloweenowe przebranie Kasi było najbardziej niepokojącą rzeczą jaką widziała. Nie był to bynajmniej żaden strój, ani specjalny makijaż, tylko dwa guziki. Dwa duże połyskujące guziki tkwiące zamiast oczu na uśmiechniętej buzi. Dziewczyna zmarszczyła brwi zastanawiając się jakiej sztuczki użyła koleżanka żeby zamocować guziki i przede wszystkim – jakim cudem widzi coś zza dwóch plastikowych krążków. Kasia zebrała z biurka dokumenty i świergocząc coś o ważnym spotkaniu wyszła zostawiając Paulinę sama w pokoju.

“Kto umawia się na ważne spotkanie o siódmej rano?” pomyślała poprawiając czarny, szpiczasty kapelusz  wiedźmy. Dziś była w pracy wyjątkowo wcześnie. W pokoju Java tylko kilku programistów monotonnie uderzało w klawisze. Weszła do kuchni, rzuciła “cześć…” tkwiącemu z głową w lodówce Andrzejowi, ale nie zdążyła dokończyć, bo kiedy ten odwrócił się, dostrzegła dwa figlarnie połyskujące niebieskie guziki zamiast oczu i słowa ugrzęzły jej w gardle. Nie wiedziała czy to jakiś zbiorowy żart na którym ona się nie poznała czy może faktycznie dzieje się tu coś bardzo dziwnego. Andrzej uśmiechnął się serdecznie i nie wypowiedziawszy ani jednego słowa schwycił kubek i siorbiąc kawę raźnym krokiem pomaszerował do swojego pokoju.

“To musi być jakiś żart,” pomyślała Paulina, “pójdę do pokoju Java, pewnie to oni coś wymyślili jak zwykle.” Nie zdążyła jednak przejść pięciu kroków korytarzem, kiedy drogę zagrodziła jej Kasia. “Paulina, musimy pilnie porozmawiać.” powiedziała.

“Coś czuję, że to nie będzie miła rozmowa?”

“Ależ skąd, wręcz przeciwnie. Chcieliśmy z Marcinem omówić twój rychły awans.”

Dziewczyna szeroko otworzyła oczy ze zdziwienia. “Jaki awans? O co chodzi? Czy oni wszyscy mnie w coś wkręcają? Dlaczego akurat mnie?”

“Chodź, chodź do salki konferencyjnej; no nie gap się tak!” ponaglała ją Kasia.

W salce czekał już wiceprezes. “Cześć Paulina, usiądź proszę.” powiedział uśmiechając się szeroko spod dwóch dużych brązowych guzików. Paulina siedziała z grobową miną, sztywna jakby kij połknęła. Chciała się odezwać, ale cała ta sytuacja była tak dziwna, że kompletnie nie wiedziała co powiedzieć. Cały czas podejrzewała, że to jakiś żart i postanowiła odkryć o co chodzi. Kasia i Marcin usiedli naprzeciwko. Na stole leżało luzem kilka kartek i nieduża paczuszka taka, w jakiej trzyma się biżuterię lub drobne rupiecie.

“Paulina,” zaczął Marcin, “miło mi poinformować, że jesteśmy bardzo zadowoleni z twojej pracy i od przyszłego tygodnia obejmiesz nowe obowiązki.”

“Ale najpierw,” wtrąciła się Kasia, “musimy upewnić się, że rozumiesz nasze cele, że postrzegasz firmę w ten sam sposób co my.”

Kasia otworzyła tkwiące na stole pudełeczko i wyjęła z niego nić, dwa duże, brązowe guziki i igłę. “Dobra, to już przestaje być śmieszne, fajny żart, ale wystarczy.” powiedziała usiłując wstać,
ale Marcin mocno złapał ją za rękę i przycisnął do oparcia krzesła.

“Paula, mam nadzieję, że rozumiesz. Wszyscy musimy być gotowi na poświęcenia dla dobra firmy.” Kasia nawlekła igłę.

“Wystarczy. Przestraszyliście mnie, już wystarczy.”

“Nie rozumiesz,” powiedziała Kasia zbliżając się. Paulina tkwiła na fotelu jak na krześle dentystycznym, tylko zamiast lekarza nachylała się nad nią Kasia z ogromną igłą w ręku. “Jesteśmy dobrym pracodawcą,” powiedziała, “nie uważasz, że zasługujemy na dobrego pracownika?”

“Nie, proszę, wypuście mnie!”

“To dla twojego dobra.”

“Nie, nie chcę żadnego awansu, puśćcie mnie! Puśćcie!” Próbowała się jeszcze wyrywać.
Kasia zbliżyła czubek igły do jej lewego oka.

“Nie będzie bolało… jeśli nie będziesz się wyrywać.”

“Nie, nie, proszę!” Łzy pociekły jej po policzkach. “Proszę, nie!”

 

W pokoju Java Tomek monotonnie uderzał w klawisze. Światło monitora odbijało się od dwóch dużych, zielonych guzików. Programista westchnął głęboko i naciągnął na uszy słuchawki.
Nie lubił, kiedy krzyki z salki konferencyjnej przeszkadzały mu w pracy.

 

Delegacja

Kiedy Michał otworzył drzwi mieszkania, prędko przekonał się dlaczego to miejsce jest nazywane „norą”. Z sufitu zagraconego przedpokoju wystawała pojedyncza, nieosłonięta żarówka. Mężczyzna wymacał włącznik na ścianie, a szklany bąbel rozgorzał niknącym, żółtawym światłem.
„Hej,” zawołał, „Kuba, Marcin? Jest tu kto?”, ale nikt nie odpowiedział. Największy pokój ginął w ciemnościach. Tutaj światło w ogóle nie działało, a wchodząc Michał mało co nie zabił się uderzając w wystający, kuchenny blat. Że też akurat dzisiaj nie wziął ze sobą latarki! Ciągnął po ziemi torbę oświetlając sobie drogę słabym światłem telefonu komórkowego. Był na tyle zmęczony podróżą, że postanowił zaczekać z wymianą żarówek do jutra, kiedy wróci ze szkolenia.

„I tak jest już późno.” powiedział do siebie i zdjąwszy buty z wielka ulgą rzucił się na kanapę i nakrył kocem. Zastanawiał się przez dłuższą chwilę gdzie wywiało jego kolegów z działu .Net; mieli tu przecież być. Szkolenie zaczęło się wczoraj i gdyby nie to, że żona Michała uparła się, żeby w poniedziałkowe popołudnie przekopał ogródek, pojechałby razem z nimi służbowym samochodem, zamiast tłuc się pociągiem.

„No trudno, jak wrócą, to będą musieli zapakować się do innego łóżka. Mam nadzieję, że nie będą mnie niepotrzebnie budzić.” pomyślał sobie, chociaż doskonale zdawał sobie sprawę, że przy jego lekkim śnie obudzą go na pewno. Mimo zmęczenia nie mógł zasnąć. Najpierw przez dobre dziesięć minut wpatrywał się w sufit, potem w kredens z książkami, potem w wielki obraz wiszący na ścianie naprzeciwko. Było w nim coś niepokojącego. Michał słabo widział w ciemności, ale zdawało mu się, że to jakiś rodzinny portret prezesa. Cztery postacie spoglądały na niego spode łba połyskującymi oczyma, a twarze miały jakieś niespokojne. I tak patrzyli na siebie przez dłuższą chwilę – Michał i postacie z obrazu. Najpierw uparcie, bez emocji, potem jakby pogardliwie. Wlepiał oczy w obraz jak zahipnotyzowany i przez chwilę wydawało mu się, że postacie wewnątrz dębowej ramy poruszają się, a potem, że szepcą coś do siebie, ale zbyt cicho, żeby usłyszeć. Mógł tylko przypuszczać, że mówią coś o nim i nie dawało mu to spokoju.

„Nie… tak na pewno nie zasnę.” westchnął i odwrócił się twarzą do ściany, jeszcze ciaśniej zawijając w koc. Po kilku minutach wreszcie zmógł go sen.

Spał jak kamień aż do wschodu słońca. Fakt, że nikt nie obudził go w nocy wydał mu się na tyle dziwny, że wyskoczywszy z łóżka dokładnie obejrzał całe mieszkanie. W małym pokoiku
za rozsuwanymi drzwiami nikogo nie było. W dużym pokoju obok łazienki leżały dwie otwarte torby. Porozrzucane naokoło rzeczy sugerowały, że właściciele nie zdążyli się rozpakować. Ale gdzie oni byli? Przecierając zaspane oczy Michał poczłapał z powrotem do salonu i stanął jak wryty. W dębowej ramie obok kredensu z książkami nie było żadnego obrazu.

Tylko okno.

Przemiana

„Pięćdziesiąt cztery, pięćdziesiąt pięć, tutaj!” palec Kasi zatrzymał się na tabliczce z nazwiskiem. Nacisnęła przycisk domofonu kilkukrotnie, ale nikt nie odpowiedział. Drzwi i tak były uchylone, więc postanowiła wejść na górę i zapukać. Wszyscy w firmie martwili się o Michała. Minęły już ponad dwa tygodnie od kiedy przestał przychodzić do biura. Na początku poprosił o możliwość pracy zdalnej. Potem stwierdził, że bardzo źle się czuje i niedługo dostarczy zwolnienie. Potem w ogóle przestał się odzywać i nie odbierał nawet telefonu.

„Pewnie gra w Diablo i zapomniał przyjść do pracy!” zażartował ktoś z działu Java.

„Pewnie zrobił się już taki gruby, że nie może chodzić!” zauważyła uszczypliwie inna przyjazna dusza. Żarty żartami, ale fakty były takie, że brakowało programisty do nowego zespołu i dział kadr, w osobie Kasi, osobiście udał się rozeznać sytuację.

Drzwi do mieszkania numer pięćdziesiąt pięć były uchylone. Kobieta zapukała o futrynę i wydawało jej się, że słyszy jakiś cichy pomruk z głębi mieszkania, więc weszła.

„Michał? Michał, jesteś tu?” Jeśli był, to z pewnością usłyszał stukanie obcasów po dębowym parkiecie. W mieszkaniu unosił się mdły zapach kurczaka z ryżem i mieszanką warzyw meksykańskich. Zza drzwi do salonu dochodził jakiś chrzęst i głośne mlaskanie.

„To ja, Kasia z JCommerce. Michał? Możemy porozmawiać?”

„Nie, nie, nie wchodź!” odezwał się głos zza drzwi.

„Michał, to jest naprawdę ważne; nie wiemy co się z tobą dzieje…” Kasia pchnęła drzwi i zatrzymała się na progu. Nie miała pojęcia co mogło stać się z Michałem, ale w swoich najgorszych przypuszczeniach nawet nie wyobrażała sobie tego, co ukazało się jej oczom. Na środku pokoju, w fotelu o skórzanym obiciu siedział Michał. Ale nie był to ten sam Michał, którego znała. Był ogromy. Jego zwaliste cielsko z trudem mieściło się na siedzisku. Pod trzy podbródki wepchnięta była biała serwetka, a w spuchniętych rękach trzymał wielką łyżkę, którą wpychał sobie do ust kurczaka z ryżem. Na podłodze wszędzie wokół niego walały się puste opakowania po plackach ziemniaczanych i pierogach. Całe to miejsce wyglądało jakby od dawna nikt tam nie sprzątał. Kobieta na chwilę zaniemówiła, a kiedy już zebrała myśli, jedyne co wyrwało się z jej ust to: „Mój Boże, co tu się stało? Co ty ze sobą zrobiłeś?” Michał przez chwilę wpatrywał się w nią bez słowa. „Kasiu, nie powinnaś była tu przychodzić. Nikt nie może wiedzieć. Moja transformacja nie jest jeszcze zakończona.”

„Wielkie nieba! Jaka transformacja?! Zamieniłeś to miejsce w jakiś… w jakiś paśnik. Michał, ty potrzebujesz pomocy, ja muszę zadzwonić po lekarza, dla twojego własnego dobra.”

„Nie, jest jeszcze za wcześnie. Świat jeszcze nie jest gotowy ujrzeć mnie w nowej postaci!” grubas chwycił kobietę za rękę i przyciągnął do siebie gwałtownym szarpnięciem. „Odłóż ten telefon!
Nikt nie prosił cię o pomoc!”

„Co ty wyprawiasz? Puść mnie natychmiast!” zdążyła krzyknąć zanim gruba dłoń o serdelkowatych palcach zasłoniła jej usta.

„Kasiu, przykro mi, tak bardzo mi przykro, ale nie możesz nikomu powiedzieć…”

Próbowała się wyrywać. Próbowała krzyczeć, ale nie mogła. Znajdowała się w potrzasku.

„Kasiu, tak bardzo mi przykro,” powtarzał grubas potrząsając głową, „ale musisz wiedzieć,
że przysłużysz się lepszej sprawie, musisz wiedzieć…”

Stłumiony krzyk ucichł zupełnie.

Długotrwałą ciszę przerwał dzwonek telefonu. To znowu dzwonili z firmy. Michał przełknął kęs pożywienia i odebrał. „Halo?”

„Halo, Michał? Tutaj Paulina. Jest tam Kasia u ciebie? Miała dzisiaj przyjść i odebrać to twoje zwolnienie lekarskie. Jeśli nie dostaniemy go do jutra, to ZUS urwie nam głowę. To jest ważne.”

„Nie, nie było jej.” skłamał, „Może miała problemy z trafieniem, albo stoi w korku. Ale mam to zwolnienie, wczoraj byłem u lekarza.”

„Nie mogę się do niej dodzwonić.”

„Coś się musiało stać. Słuchaj, może ty byś mogła podjechać i odebrać te papiery?” Odpowiedziała mu dłuższa chwila ciszy.

„Dobrze… mam twój adres. Mogę przyjechać koło siedemnastej, ok?”

„Jasne…”, Michał otarł rękawem kapiącą z podbródka krew i schował do lodówki nadgryzioną rękę, „będę na ciebie czekał.”

 

Dodaj komentarz