W samo południe 15 sierpnia 2015, wśród oparów spalin, wycia kogutów i pisku opon JImpressus wyruszył w swój pierwszy złombolowy rajd. W skład ekipy weszli: Krzysztof Wójcik i Daniel Charczyński – ojcowie pomysłu, Miłosz Grabara – główny kierowca, Wojtek Sochaczewski – główny mechanik oraz Karolina Sadowska i Kinga Zyguła – wsparcie wszelakie. Naszym celem było Passo dello Stelvio – najwyższa przejezdna przełęcz (2757 m n.p.n) we włoskich Alpach, na którą składa się 24 km serpentyn, 7,1 stopnia nachylenia i 1800 m różnicy wzniesień. Po drodze obowiązkowe checkpoint w Wiedniu, nad Bodensee i Lago di Como. Na samo wspomnienie podjazdu na Stelvio przechodzą ciarki…

 

Ale po kolei. Zaraz po starcie, po wymianie informacji z innymi złombolowcami, nastąpiła zmiana planów. Okazało się, że nasz JImpressus nie spełnia norm wiedeńskiej ekostrefy i przejeżdżając przez stolicę Austrii ryzykujemy 2100 euro mandatu. To oczywiście nie mieściło się w założonym budżecie, więc decyzja wśród członków załogi była jednomyślna.

Pierwszy postój nastąpił już po 20 km. Temperatura silnika prawie wymknęła się spod kontroli. Remedium na to stało się ograniczenie prędkości do zacnych 70 km/h i okresowe pozbywanie się maski czy też grilla. Okresowe, ponieważ zdarzało się, że temperatura lubiła też niebezpiecznie spadać. Na owe spadki pomagały ciepłe ręce naszych mniej lub bardziej doświadczonych mechaników pokładowych.

Wolniejsze niż założone tempo przejazdu pozbawiło nas skutecznie czasu na obiad, więc już pierwszego dnia skończyły się zapasy prowiantu. Na nocleg dotarliśmy w miejsce zupełnie nie planowane – w okolice miasteczka Czeski Krumlov, gdzie znalezienie wolnego miejsca noclegowego graniczyło z cudem. W strugach deszczu dotarliśmy w końcu na kwatery, szczęśliwi, że nie musimy nocować w namiocie. Czeski Krumlov już następnego dnia wynagrodził nam zmianę planów i kiepską pogodę. Spacer po średniowiecznym miasteczku, wokół XIII-wiecznego zamku, nad brzegami wijącej się Wełtawy pozwolił szybko naładować akumulatory i już niebawem byliśmy w drodze nad Bodensee.

 

W tym miejscu warto napisać kilka słów o prowadzeniu naszego Żuka. Prędkościomierza brak. Wskaźnik ilości paliwa nie pokazuje faktycznego stanu lekko dziurawego baku. Nawet dodatkowa chłodnica czasami nie chłodzi. Dziwne dźwięki dochodzące z zawieszenia i szyberdach, który w czasie deszczu zachowuje się raczej jak prysznic. Prowadzenie Żuka wymagało więc instalacji 3 nawigacji, bieżących obliczeń stanu paliwa, manualnej pracy przy chłodzeniu (lub też dogrzewaniu), wyczucia na zakrętach, łapania wody do kubeczka i trzymania kciuków za całą resztę. Wszystkie te usterki bladły jednak w obliczu podziwu, jaki wzbudzała nasza off-roadowa buda. Nie wspominając już o niesamowitym komforcie jazdy na tylnych kanapach…

16 sierpnia. Zaraz po przekroczeniu granicy z Austrią, naszła nas niepohamowana ochota na prawdziwy austriacki obiad. Co prawda niektórzy uczestnicy wyprawy byli zdania, że podczas rajdu nie wypada rezygnować z odpalenia gazowej kuchenki, jednak gdy tylko wystarczająco oddaliliśmy się od innych ekip, spełniliśmy swoje marzenie o Wiener Schnitzel na białym obrusie. W dobrych humorach, bez awarii dotarliśmy zgodnie z planem na wyznaczony kemping. Obsługa kempingu powitała złombolowiczów informacjami o wszelkich możliwych zakazach panujących na terenie ośrodka, który tak naprawdę był ogrodzonym polem nad jeziorem z budynkiem sanitariatu.  Ten zaś – ze względu na deszcz – stały się głównym miejscem nocnej imprezy złombolowej ekipy. My docelowo wybraliśmy wnętrze naszego Żuka, które po zmierzchu prezentowało się niczym loża VIP. Tylko co jakiś czas „oficjalną ciszę nocną” przerywały wycia kogutów docierających do celu pojazdów – ambulansu, milicji czy też w końcu austriackiej Polizei. Mimo tych interwencji polski duch nie osłabł a noc była bardzo krótka.

 

17 sierpnia. Kolejny etap podróży był niezwykle urozmaicony. Z Bregenz udaliśmy się przez Szwajcarię i Lichtenstein nad włoskie jezioro Como. W skrócie – 6 osób, 4 kraje, 2 jeziora, 1 Żuk. Zastanawialiśmy się, czy zainwestować w szwajcarską winietę i skorzystać z autostrad, czy też wybrać lokalne drogi. Wygrała druga opcja. W drodze do Como zaliczyliśmy Davos i pokonaliśmy alpejską przełęcz do wysokości ok 2200 m. Podróż wśród chmur i deszczu była prawdziwym wyzwaniem dla Żuka i doskonałą rozgrzewką przed czekającym nas Stelvio. Przy podjeździe dały o sobie znać jedynie wahacze. Szczęśliwie na zewnątrz panowała niska temperatura, skutecznie chłodząca rozgrzanego Żuka, dzięki czemu całkiem sprawnie pokonaliśmy przełęcz. Niestety, już za granicą, Żuka trzeba było nieco rozebrać, ponieważ Italia przywitała nas słońcem i wysoką temperaturą. To spowodowało, że na kemping wjechaliśmy w częściach, wioząc maskę i grilla w bagażniku.

 

Nad Como spędziliśmy pierwszy suchy wieczór i mieliśmy możliwość zwiedzenia okolicy. Po rozbiciu obozowiska udaliśmy się do lokalnego miasteczka na pizzę. Nastrój mieliśmy wyśmienity! Na deser skosztowaliśmy lokalnego limoncello. Gościnność Włochów pozwoliła nam kontynuować wieczór na lokalnym piazza.  W pewnej chwili pojawił się starszy pan, który zapytał nas jak się mamy. Usłyszawszy, że jest dobrze, tylko limoncello już brak, powiedział, że mamy dać mu 10 minut. Wsiadł do swojej Pandy i dokładnie po upływie tego czasu pojawił się z butelką tzw. Genepin. Jak się potem okazało, był emerytowanym listonoszem, hobbystycznie zbierającym liście i kwiaty Genepin – lokalnej rośliny, rosnącej na wysokości 2700 m, z której można przyrządzić oryginalną nalewkę. Spędziliśmy miły wieczór z listonoszem, raczącym nas opowieściami ze swojego życia. Co więcej, dzięki swojej uprzejmości, starszy pan znalazł nowych klientów na swój trunek, który punktualnie dostarczył nam pod namioty następnego dnia.

18 sierpnia. Wczesną pobudkę zaserwował nam rozgrzewający się do wyjazdu z kempingu Maluch. Droga przez przełęcz jest zamykana po 22:30, dlatego właściciele wolniejszych pojazdów woleli wyjechać wcześniej. Panowała atmosfera lekkiego poddenerwowania. Zadawaliśmy sobie pytania: Czy będzie ciężko? Czy damy radę podjazdom? Czy się nie zagotujemy? Prognozy pogody były niesprzyjające i mieliśmy uzasadnione obawy, że drogę znów pokonywać będziemy w chmurach. Tymczasem, niespodzianka! Pogoda nas zaskoczyła. Korzystając ze sprzyjających warunków zrobiliśmy nawet krótką przerwę na lody nad jeziorem Como. Kilka fotek, tankowanie i cała naprzód. Do Bormio było w miarę prosto – w dosłownym słowa tego znaczeniu. Potem się rozkręciło. Trzecia, najbardziej niebezpieczna droga na świecie wg hiszpańskiego Formula Moto, rzeczywiście robiła wrażenie. 24 km serpentyn, 48 absurdalnie ostrych zakrętów i zapierające dech w piersiach widoki. Wyjazd tuż za Bormio zaczął się lekko korkować. Sprawcą zatoru okazała się kolumnada Maluchów. Kolejne kilometry przełęczy pokonywaliśmy więc w zwartej, złombolowej grupie. Okazało się, że wszystkie jadące Żuki nagrzewały się podobnie, Polonezy miały problemy z zapłonem, a pozornie najsłabsze Maluszki dzielnie pięły się w górę.

Na jednym z przystanków, wśród członków załóg, dostrzegliśmy znajomą twarz. Na początku nie byliśmy w stu procentach pewni, czy to przypadkiem nie halucynacje związane z wysokością. Po chwili okazało się, że to prawda – wśród złombolowców był jeszcze jeden „kolega z pracy”. Michał Dziuba praktycznie na ostatni moment dołączył do ekipy Poloneza “Krzyżacy z Brodnicy”. Nie umieliśmy się powstrzymać od wspólnego toastu i słit foci . Była to nasza ostatnia przerwa. Podjazd na sam szczyt Stelvio okazał się czystą przyjemnością. 

Na mecie nasz JImpressus nagrodzony został zasłużoną butelką Prosecco. Okazało się, że nie ma sobie równych. Na szczycie spędziliśmy jakieś 2 godziny  i chciało by się zostać tam jeszcze dłużej, ale nadchodzące chmury przekonały nas do rychłego zjazdu. Teraz miały zostać przetestowane hamulce. Za sterami usiadł główny mechanik. Sprawne hamowanie silnikiem spowodowało, że praktycznie nie użyliśmy klocków hamulcowych. Ba, czasami nawet trzeba było przyspieszać! W tym miejscu z ręką na sercu możemy więc przyznać, że to właśnie droga na Stelvio w pełni przetestowała możliwości naszego Żuka.

 

Cel został zdobyty, ale to nie koniec. Czekała nas jeszcze ostatnia imprezowa noc. Rozwijając prędkość do nieprzekraczanych dotąd 123 km/h dotarliśmy przed zmierzchem na kemping. Naszym oczom ukazał się nieco dziwny widok. Mianowicie obozowisko rozbijało się jeszcze przed wjazdem na teren ośrodka. Dosłownie na parkingu. Okazało się, że jeśli odpowiedziało się TAK na pytanie „Czy Państwo też z tej grupy”, wjazdu na kemping już nie było. Poprowadziliśmy więc umiejętnie dialog z recepcją i dla załogi JImpressusa miejsce się znalazło. Nocne świętowanie, zgodnie z tradycją, miało miejsce w strugach deszczu, a jego przebieg, również tradycyjnie, przerywały wizyty Carabinieri. Następnego dnia administracja kempingu była widocznie szczęśliwa, że ekipa opuszcza jego teren, ponieważ podarowała organizatorom 500 Euro na szczytny cel złombolowej inicjatywy.

 

Droga powrotna minęła nam szybciej, ale też nie bez przygód. Otóż w Austrii, gdy byliśmy  bardziej rozluźnieni, straciliśmy kontrolę nad wskaźnikiem poziomu paliwa. Silnik naszego rozpędzonego na autostradzie Żuka po prostu zgasł. Na szczęście byliśmy na szczycie wzniesienia i dosłownie dotoczyliśmy się do najbliższej zatoczki. Postanowiliśmy wykluczyć wszelakie możliwe awarie, zanim zaczęliśmy poszukiwania paliwa. Zdemontowany został przedni fotel, po to żeby mieć pełny obraz silnika, który jak się okazało zassał trochę powietrza. Problem został zdiagnozowany, ale nadal nie mieliśmy paliwa. I tu wykazała się płeć piękna. Nie minęło pięć minut, a kierowca zaparkowanego nieopodal tira był już gotowy, aby użyczyć nam kilka litrów bezcennego płynu. Na szczęście mieliśmy przygotowany odpowiedni wężyk, na wypadek podobnych kłopotów. Zasilony 5 litrami paliwa Żuk po kilku próbach odpalił, a my udaliśmy się dalej tranzytem przez Austrię, chcąc uniknąć Wiednia. Niestety, wybrana przez nas droga zaczęła się zbyt mocno skręcać, a my nie planowaliśmy kolejnej przełęczy – a tym bardziej w środku nocy! Po burzliwej dyskusji podjęliśmy męską decyzję, że ryzykujemy przejazd przez Wiedeń. Nieco spięci zaliczyliśmy w nim nawet korek. Ale udało się – JImpressus pozostał niezauważony. I tak, już bez przygód, dotarliśmy do Katowic prosto na śniadanie. W pamięci pozostał nam zapach alpejskiego powietrza i ryk koni mechanicznych naszego Żuka. To właśnie one dostarczyły nam maksymalnej dawki adrenaliny, która powinna nam wystarczyć na cały rok.

 

Dodaj komentarz