W deszczu Toskanii

01Grudzień 2010
Kategorie:

Florencja – 28.11.2010, błękitne niebo, ciepłe słońce, piękne widoki, zielone wzgórza, kwitnące słoneczniki….

Tego wszystkiego doświadczycie oglądając „Pod słońcem Toskanii”. Moja rzeczywistość okazała się nieco inna. Nieustannie padający deszcz, zimny, porywisty wiatr i do tego tylko 3 stopnie…
Cel: 42 km 195 metrów – udział w 27 Maratonie we Florencji.

Last but not least

Oficjalna lista startujących liczyła ponad 10 000 nazwisk. Ja miałem numer 5456 ale na liście byłem ostatni :(. Może właśnie to wpłynęło na nieco mniej fortunny początek dnia.

A zaczęło się wszystko od nieprzespanej nocy w hotelu zlokalizowanym w samym Centro Storico w zabytkowej kamiennicy. Palazzo i jego lokalizacja robiły ogromne wrażenie, jednak dobrego wypoczynku nie gwarantowały – ciągły „przepływający” tłum ludzi, nocne czyszczenie ulic, poranne wywożenie śmieci i wysokie na 6 metrów niedogrzane pomieszczenie. Po skromnym „włoskim” śniadaniu wybrałem się w kierunku startu. Po drodze spotkałem cale mnóstwo zielonych ludków i wtedy dopiero zdałem sobie sprawę, że dziwny, zielonkawy worek dołączony do zestawu atlety to peleryna.  Na miejscu startu otrzymałem na szczęście od organizatora worek na śmieci, z którego to zrobiłem sobie własną pelerynę. Poprawił mi się humor, gdyż wyróżniałem się w tłumie, ponieważ worek był cudownie niebieski, brakowało na nim jedynie loga JCommerce.

Po godzinie „nasiąkania” deszczem ruszyliśmy na trasę z Piazzale Michelangelo, skąd rozciągała się panorama Florencji, którą właśnie mieliśmy zdobyć.

I tu muszę przyznać Włochom 100 punktów za świetną organizację. Ponad 10 000 biegaczy sprawnie pogrupowanych w sektorach, płynny start i już biegniemy w dół…

Trasa ciągnęła się pośród wszystkich najważniejszych zabytków miasta. Szczególnie ostatnie kilometry wzdłuż ulic Centro Storico nadawały  imprezie wyjątkowy wymiar. Tłumy turystów oklaskujące biegaczy na Ponte Vecchio, przy Duomo i Galerii Uffizi. A ja zmagający się z własnym czasem, celem i zmęczeniem. I tak naprawdę, ten deszcz w ogóle nie był odczuwalny, potęgował nawet to niesamowite przeżycie.

Po 3h 46 min 14s osiągnąłem linię mety na Piazza Santa Croce. Po raz drugi odniosłem to zwycięstwo.

Dla tych bardziej ciekawych wrażeń zamieszczam linka do krótkich filmików, których jestem bohaterem 🙂

http://bit.ly/gGrCpk

P.S. Acha, już zarejestrowałem się na kolejny maraton. Tłem następnego biegu będzie już wkrótce starożytny Rzym (20.03.2011).

Dodaj komentarz