Welkom bij Gent

06Luty 2013

W niedzielę rano, 27 stycznia wyjątkowo zrezygnowaliśmy z cotygodniowej mszy na rzecz wieloetapowej podróży do siedziby Orbit One w miejscowości Gent w Belgii, w celu odbycia tygodniowej delegacji w ramach współpracy outsourcingowej z Klientem.

Na lotnisku oświeciło nas, iż nie wypada tak z pustymi rękoma w gości. Nabyliśmy więc drogą kupna litrową pamiątkę z Polski dla naszego belgijskiego gospodarza. Podróż jak podróż.
2 godziny w samolocie, z godzinkę w autobusie, z pół godzinki w pociągu, kolejne 20 minut spacerku i już raczyliśmy się zielonymi jabłkami z recepcji – czekając na checkin’ do miniaturowych, ale klimatyzowanych pokoików.

Tydzień pracy minął dość szybko,  w systemie: wstajesz rano, wracasz późno, kładziesz się jeszcze później. Miłą odmianą był wtorek, kiedy to wszyscy zostaliśmy zaproszeni na kolację (kilka jałówek musiało oddać życie, by dostarczyć przepysznego mięsa na nasze steki) + uzupełnianie płynów w knajpce oferującej niewiarygodny wręcz wybór piw.

No to byle do piątku. W piątek po południu transfer w te rejony Belgii, gdzie nasz angielski (niezależnie od poziomu) nie był już żadnym atutem nawet przy zamawianiu w restauracji. W kilkanaście osób wylądowaliśmy w bardzo sympatycznej willi, niestety warunki pogodowe nie pozwoliły wykorzystać wszystkich atutów (przykładowo odkrytego basenu). Z wszystkich pozostałych atutów, w szczególności z przywiezionych zapasów korzystaliśmy do oporu.

Pierwszą sobotnią atrakcją była pobudka, niedługo po tym jak się położyliśmy. Później poszło już z górki. Czasem nawet za bardzo z górki – okazało się, że quady nie przechodzą testu łosia. Postrzelaliśmy z łuku, poskakaliśmy po drzewach w międzyczasie posilając się i uzupełniając płyny w okolicznej knajpce.

Wyjazd zbliżał się ku końcowi. Podjęliśmy jeszcze nierówną walkę ze służbami lotniska w konkurencji wnoszenia puszek z colą – wynik remisowy. Wylądowaliśmy w niedzielę rano.
„Ufff to już koniec” – pomyślały zgodnie nasze wątroby.

Dodaj komentarz